Satyra „Tageszeitung“ bulwersuje najważniejszych polityków Polski. Dla opozycji to prawdziwa gratka
Najpierw Kancelaria Prezydenta poinformowała, że powodem odwołania przyjazdu Lecha Kaczyńskiego był silny rozstrój żołądka. Potem, całkiem nieoczekiwanie, do tekstu w „taz” odniósł się sam premier Kazimierz Marcinkiewicz, określając publikację jako „draństwo”. A nowa minister spraw zagranicznych Anna Fotyga stwierdziła: „Tego rodzaju nagromadzenie obsceniczności przypomina styl Stürmera“. Jak wiadomo, „Stürmer” był nazistowską gadzinówką – i chyba pierwszy raz taką etykietkę uzyskuje lewicowa „taz” , która za jeden ze swoich głównych celów przyjęła rozliczenie się z okresem narodowego socjalizmu.
 |  |
Już 26 czerwca na satyrycznej stronie taz w serii „Gałgany, które chcą rządzić światem” ukazał się pod tytułem „Nowy polski kartofel” kawałek na temat Kaczyńskiego, w którym na ostrzu krytyki znalazły się jego zastrzeżenia pod adresem Niemców oraz homoseksualistów. Materiał ten był grubo ciosany, a miejscami po prostu ordynarny. I tak aluzja do wypowiedzi Kaczyńskiego w czasie walki wyborczej o fotel prezydenta jesienią 2005 r. przybrała postać: „Dostatecznie często najwyższy rangą Polak trąbił, że z Niemiec nie zna niczego więcej poza spluwaczką w męskiej toalecie na frankfurckim lotnisku”.
Tekst został przetłumaczony przez serwis Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Warszawie i włączony do poważnych komentarzy i analiz w rubryce „Prasa zagraniczna o Polsce“. Na nieszczęście wieloletniego kierownika działu prasowego Pawła Dobrowolskiego, bo minister Fotyga natychmiast go zwolniła. A jego następca Andrzej Sados oświadczył zaraz, że nigdy już nie będzie rozmawiał z żadnym dziennikarzem „Tageszeitung”.
Pani minister jeszcze zaostrzyła ton, ogłaszając, że w Warszawie oczekuje się „reakcji władz niemieckich“. Według jej słów nawet Saddam Husajn czy białoruski dyktator Aleksander Łukaszenko nie byli atakowani w taki sposób. Stwierdziła także, iż tekst obraża nie tylko prezydenta, lecz „cały kraj”. Tego zdania nie podzielała jednak większość warszawskiej prasy. Lewicowo-liberalna „Gazeta Wyborcza” uznała, że „głowa państwa nie powinna zajmować się takimi drobnostkami”. Konserwatywna „Rzeczpospolita” pisała o „słabych nerwach prezydenta”.
Dla opozycji artykuł był prawdziwą gratką. Zastępca przewodniczącego liberalnej Platformy Obywatelskiej, Jan Rokita drwił: „Brzuszek go boli!”. Rokita wytykał Pałacowi Prezydenckiemu, że na skutek wzburzenia marnym tekstem opublikowanym w małej gazetce polskie państwo tylko traci. Były minister Władysław Bartoszewski stwierdził chłodno: „Polityk powinien robić to, co jest ważne dla jego kraju. Artykuły prasowe nie mogą być decydującym czynnikiem w państwie, które chce być traktowane poważnie”.
«« start « poprz. 1 2 nast. » koniec »»