07.09.2008.
Strona główna
Wiadomości
Pogoda
Wyszukaj
Rozrywka
PROMOCJE !!!
Ogłoszenia
Blog
e-Kartki
Katalog WWW
Katalog Firm
Forum
Promocja dla Biznesów
miniChat
Nowości w Portalu
Polskie TV na żywo
PROMOCJE !!!
Konkursy
Imprezy
Logowanie





Zapomniałeś hasła
Nie masz konta? Załóż sobie
Zamów biuletyn






Kontakt
Polityka prywatności
Regulamin portalu

>>> Strona główna


Czy wiesz, że w tym portalu możesz zamieścić BEZPŁATNIE ogłoszenie?

 


Advertisement
Ostatnie wiadomości
Wielki odjazd Drukuj E-mail
Wpisany: Martyna Bunda-Polityka   
15.03.2006.

Nomadzi

Sęk w tym, że trybik płaci za to pewną cenę. Na przykład tamten zachwyt Pauliny, gdy na nią nakrzyczała pani w metrze. Psychologia umie to wytłumaczyć jako element szoku kulturowego. To jego pierwsza faza – fascynacji.

Cały cykl trwa około roku. Najpierw euforia, zachwycenie nowym, lekko podszyte stresem. Mniej więcej w szóstym miesiącu – pierwszy kryzys. Człowiek jest już zmęczony tym, że wypracowane przez lata scenariusze zawodzą. Ma dość potknięć, wpadek, gaf i tego, że im bardziej czegoś chce, tym bardziej nie wychodzi. Dość kolejnych polish jokes, w których odnajduje siebie. – W Polsce, gdy człowiek dzwonił do kogoś, że jest pod domem i chciałby wpaść na herbatę, był zapraszany na górę wśród zapewnień, jak to się gospodarze bardzo cieszą z tych odwiedzin, a kiedy kupił pani w biurze czekoladki, miał jej przychylność – opowiada Anna Podgórska, studentka psychologii stosowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim (od osiemnastego roku życia spędzająca dużą część roku w Stanach i krajach europejskich), która prowadzi badania nad szokiem kulturowym. – Tymczasem w takiej na przykład Holandii ci wytypowani na nowych przyjaciół wymawiają się od wizyty, a pani w okienku, co mogłaby pomóc przyspieszyć załatwianie papierów, już nic nie przyspieszy, bo za te czekoladki po prostu się obraziła.

Jeśli przetrwa się ten etap szoku, przychodzi ostatni w cyklu: dwukulturowość.

Gorzej, gdy się nie uda. Polski ksiądz Andrzej Pyka, traktowany w Dublinie jak pogotowie duchowe, regularnie jeździ do szpitali do niedoszłych samobójców. Inny polski ksiądz Dariusz Kwiatkowski, wikariusz w londyńskiej parafii NMP, słynnej wśród polskich imigrantów z tego, że pomaga w kryzysowych sytuacjach, opowiada o setkach miejscowych kloszardów, którzy się wywodzą z grupy polskich magistrów. Bo to jest jednak spory psychologiczny koszt, gdy mimo studiów trzeba stanąć do pracy ramię w ramię z kimś, kto nie ma żadnych szkół, przy tych samych kanapkach i za tę samą pensję.

A więc wracać? Niestety, szok kulturowy ma jeszcze brata bliźniaka, zwanego szokiem powrotnym. Mechanizm tego drugiego bywa nawet silniejszy.

Robert opowiada, że gdy kolportował do Polski tamte filmy, żył nadzieją, że wywoła dyskusję z Polakami w Internecie, a kierowano do niego tylko prośby o kolejne tytuły. Gdy znajdzie się teraz w Polsce i siada z Polakami do dyskusji, zawsze prowadzą one podobnym szlakiem. Nie może znieść polskiej małostkowości, rozmów, które prowadzą wyłącznie do tego, by udowodnić, że ma się rację. A już szczyt irytacji, opowiada, wywołuje u niego typowy polski popis: „Nieważne, że nie mam pojęcia o czym mówię, ważne, żeby wyszło, że to ja mam rację”.

W trakcie wizyt w kraju nieprzyjemne odczucia mają nawet fizyczny wymiar. Pojawia się coś w rodzaju klaustrofobii: ktoś, kto całe lata marzył, by wreszcie zobaczyć własne miasto Białystok, po kilku dniach brał taksówkę do Warszawy. Ktoś inny, pod pretekstem pilnej pracy, chował się przed polską rodziną i obdzwaniał z komórki wszystkich bliższych i dalszych znajomych z Manhattanu.

Paulina wierzy, że w Londynie nie będzie trudniej niż podczas próby generalnej, którą był dla niej wyjazd do Warszawy na studia. Wtedy rodzinne Kaszuby okazały się uroczym, ale jednak końcem świata. Przestała tam jeździć po kilka razy w miesiącu, gdy w Warszawie zbudowało się jakieś życie: przyjaciele, mieszkanie, chłopak. Z perspektywy Londynu Warszawa nie nadaje się już do mieszkania, tak jak kiedyś Kaszuby. – Ale z badań wiadomo, że części z nas nigdy nie uda się pogodzić z tym, że nie da się żyć w dwóch kulturach naraz – mówi Anna Podgórska – i już zawsze będziemy żyli na walizkach. Tak jak mój przyjaciel, od którego się zaczęły moje badania, gdy zaczęłam szukać, co to jest, skoro i on, i ja przechodzimy to samo. On jest dobrze wykształcony, bardzo inteligentny, znalazł pracę w instytucjach unijnych. Ale tam coś nie tak, tu coś nie tak. Ciągły brak albo nadmiar. Więc co kilkanaście miesięcy zmienia miasto zamieszkania.

A zatem może takie właśnie jest przeznaczenie najnowszej emigracji: nowoczesny, panświatowy, pankulturowy nomadyzm?



Zmieniony ( 07.06.2006. )
 
wstecz   dalej »
Blog