15.10.2008.
Strona główna
Wiadomości
Pogoda
Wyszukaj
Rozrywka
PROMOCJE !!!
Ogłoszenia
Blog
e-Kartki
Katalog WWW
Katalog Firm
Forum
Promocja dla Biznesów
miniChat
Nowości w Portalu
Polskie TV na żywo
PROMOCJE !!!
Konkursy
Imprezy
Logowanie





Zapomniałeś hasła
Nie masz konta? Załóż sobie
Zamów biuletyn






Kontakt
Polityka prywatności
Regulamin portalu

>>> Strona główna


Czy wiesz, że w tym portalu możesz zamieścić BEZPŁATNIE ogłoszenie?

 


Advertisement
Ostatnie wiadomości
Wielki odjazd Drukuj E-mail
Wpisany: Martyna Bunda-Polityka   
15.03.2006.

Tkanie sieci

Dr Paweł Kaczmarczyk ocenia, że możliwość łatwego podjęcia legalnej pracy, rzecz jasna, zmienia sytuację emigrantów. Tych z wyższymi kwalifikacjami – na lepszą. Tych ze średnimi – na pewno na bezpieczniejszą. Legalnie zatrudnieni robotnicy oraz częściej mają odwagę protestować. W 2005 r. w Anglii polscy pracownicy magazynów zastrajkowali, domagając się respektowania czasu zatrudnienia. W irlandzkim Tesco w tej samej sprawie zorganizowali pikietę i sprawa skończyła się w sądzie, gdy polskich pracowników wsparły tamtejsze związki zawodowe.

Częściej jednak zagraniczni związkowcy protestują przeciwko zatrudnianiu Polaków, choć nieoficjalnie, bo głośno „w imię solidarności zawodowej” postulują, żeby zatrudniać gości zza granicy za te same stawki. Takie protesty miały miejsce w każdym z państw, które w 2004 r. otworzyły dla Polaków granice.

– Ale dla tych bez kwalifikacji oraz siły przebicia otwarcie rynków to katastrofa. Zaczną z nich wypadać – opowiada dr Paweł Kaczmarczyk. – Bo legalna praca oznacza wyższe koszty. Tymczasem od Polaków tańsi będą Ukraińcy.

Może to i lepiej? Niejedna europejska gospodarka uzależniła się od emigrantów robotników bez kwalifikacji i choć rządy próbowały ukrócić ich napływ, to się już nie udawało. Efekty były złe: gospodarka dalej zasysała tanich pracowników, tyle że na czarno. Gdy było za dużo chętnych, pojawiała się mordercza konkurencja. A w szarej strefie, czyli wśród ludzi przeświadczonych, że nie mogą pójść na policję czy do sądu, zawsze oznacza wzrost patologii. Sąsiad, w Polsce uczciwy i życzliwy, w tamtym drugim państwie wygryza z pracy albo nasyła zbirów za działkę od zrabowanych sąsiadowi pieniędzy. Zaczyna się handel pracą (konkretnie informacjami, gdzie jest wolne miejsce pracy, co kosztuje w Belgii średnio 1 tys. dol.). I kanciarstwa. Jak wynika z badań prowadzonych pod koniec lat 90., każdy polski emigrant został przynajmniej raz dotkliwie oszukany przez krajana.

Tymczasem to, że ktoś jedzie, bo już pojechał ktoś drugi – sąsiad, kuzyn – w socjologii nazywa się siecią. Polskie sieci w latach 90. (w czasach morderczej konkurencji) zupełnie się popsuły. A mimo to, jak wynika z badań, w tamtym czasie samo istnienie sieci zaczęło przesądzać o tym, że ktoś pakował walizkę. Przesądzało w większym stopniu niż sytuacja na polskim rynku pracy, sytuacja życiowa danej osoby czy liczba dzieci na utrzymaniu.

Weźmy jedną z polskich sieci – w Islandii. Dziś jest tam kilka tysięcy Polaków. Zaczęło się tak: dwojgu islandzkim turystom w miejscowości Stare Juchy koło Ełku zepsuło się auto. Mieszkańcy pomogli naprawić, niebawem był ślub panny ze wsi z chłopakiem z samochodu. Panna młoda do kraju męża sprowadziła swoją matkę, która znalazła w Islandii pracę dla sąsiadek. I tak na stałe wyjechało ze Starych Juch do Islandii już 40 proc. rodzin.

Jeszcze dwa lata temu Polacy jeździli do Islandii głównie do pracy w fabrykach ryb. I głównie byli to przybysze z północno-wschodniej Polski. A potem ruszyła budowa gigantycznej huty stali w Reydarfjördur we wschodniej części wyspy i firma stawiająca tę hutę zdecydowała się właśnie w Polsce przeprowadzić nabór pracowników. Pojechało 600 osób ze Śląska. Stworzyli nową odnogę sieci, już dziś prężniejszą. Samoloty, które firma czarteruje dla polskich pracowników, latają właśnie do Katowic.

 


Zmieniony ( 07.06.2006. )
 
wstecz   dalej »
KF