21.08.2008.
Strona główna
Wiadomości
Pogoda
Wyszukaj
Rozrywka
PROMOCJE !!!
Ogłoszenia
Blog
e-Kartki
Katalog WWW
Katalog Firm
Forum
Promocja dla Biznesów
miniChat
Nowości w Portalu
Polskie TV na żywo
PROMOCJE !!!
Konkursy
Imprezy
Logowanie





Zapomniałeś hasła
Nie masz konta? Załóż sobie
Zamów biuletyn






Kontakt
Polityka prywatności
Regulamin portalu

>>> Strona główna


Czy wiesz, że w tym portalu możesz zamieścić BEZPŁATNIE ogłoszenie?

 


Advertisement
Ostatnie wiadomości
Wielki odjazd Drukuj E-mail
Wpisany: Martyna Bunda-Polityka   
15.03.2006.

Dostać salary

To jest niezły wstęp do nowego rozdziału w historii polskich migracji. Bo dotychczas wyjazdy Polaków za granicę zawsze się wiązały z obniżeniem statusu społecznego. Z badań dr. Pawła Karczmarczyka z Ośrodka Badań nad Migracjami wynika, że 65 proc. imigrantów pracujących w Niemczech na zawsze utykało na posadach niewykwalifikowanych robotników (choć wśród Niemców taką pracę miało tylko 35 proc.). Status był dziedziczny, tylko 5 proc. emigranckich robotniczych dzieci znajdowało lepszą pracę niż rodzice. Ale jeśli się nawet człowiek przebił przez ten szklany sufit, to zaraz czekał następny: stawki. Polak zarabiał mniej niż Niemiec, na stanowisku wyższego urzędnika nawet o 40 proc. W Stanach było podobnie: – Ja ze swoimi studiami nawet się nie ujawniałem, bo żaden boss nie wierzył, że ktoś, kto jest specjalistą od wysokich napięć, będzie chętnie pracował jako prasowacz swetrów – opowiada Robert Sławiński. – A współpracownicy, nawet bez szkół średnich, patrzyli spode łba na inżynierka. Dłużej, powiada, nie chciał być skrytoinżynierkiem wśród roboli, sporządził więc portfolio i został przyjęty na grafikę trójwymiarową na akademię sztuk pięknych. A potem potoczyło się: w końcu trzeba było znaleźć taką pracę, żeby utrzymać się na studiach, i po trzydziestce został kimś w rodzaju detektywa sztuki. Sprawdzał na zlecenie na przykład domu aukcyjnego, czy ta i ta rzecz istotnie mogła być wyprodukowana w tym i tym miejscu, w tym i tym roku. Dziś już ma uznane nazwisko.

Właściwie wszyscy ci, którzy odnieśli za granicą jakiś sukces, przeszli podobną drogę. W grupie przyjaciół Wojciecha Wilka (rok urodzenia 1963, rok wyjazdu do Stanów 1990) są lekarze, menedżerowie i właściciel galerii. Wszyscy – utrzymując się na początku z zajęć w rodzaju wydawania kanapek w barze – robili jakieś amerykańskie studia.

Być może podobnie będzie więc z tymi z nowej emigracji, którzy też masowo na coś się zapisują. Trend widać w statystykach: liczba Polaków na zagranicznych studiach podwoiła się w cztery lata i w roku szkolnym 2005/2006 na świecie było ponad 26 tys. polskich studentów. W samej Wielkiej Brytanii jest ich teraz dwa razy więcej niż dwa lata wcześniej, ale tylko 38 osób pojechało do szkół w ramach polsko-zagranicznych programów wymiany, cała reszta – na własną rękę.

Punkt startu młodych z emigracji 2005 r. jest już inny. Od kiedy otwarto granice, coraz częściej dostają salary (pensja) zamiast wages (coś jak zapłata); w emigranckim slangu ta słowna różnica obrazuje podział na obywateli w lepszej i gorszej sytuacji życiowej, bo tylko salary oznacza bycie w oficjalnym obiegu. Kłopot w tym, że jeśli już ktoś dostaje tę salary, to czy będzie miał odwagę, by zaniedbać pracę na rzecz nowych, tym razem zagranicznych studiów?

Paulina głównie nie ma czasu. Myślała o szkole tańca, ale potem w metrze znalazła gazetę z ogłoszeniem. Zadzwoniła, i choć szef uznał, że nie będzie z niej dobra sekretarka z tym niewyraźnym angielskim, to pracę dał na próbę. A kiedy już znaleźli właściwą sekretarkę, to Paulina, żeby robić cokolwiek, zabrała się za wprowadzanie systemu przechowywania i katalogowania wielkich stosów biurowych dokumentów, które się ciągle gubiły. I tak dali jej podwyżkę oraz stałą umowę. O sobie mówi więc szczęściara, ale pracuje po sześć dni w tygodniu po kilkanaście godzin. Wykazuje się, bo skoro jej dali szansę, to musi.

 


Zmieniony ( 07.06.2006. )
 
wstecz   dalej »
Katalog Firm